Strona główna Ciekawostki Jedyne polskie miasto, które wypowiedziało wojnę Sowietom!

Jedyne polskie miasto, które wypowiedziało wojnę Sowietom!

21

Jedyne polskie miasto, które wypowiedziało wojnę Sowietom!

Bohaterska walka żołnierzy i cywili w Grodnie z Armią Czerwoną powinna stać się symbolem wojny polsko-sowieckiej w 1939 r.

W listopadzie 1939 r. premier i Naczelny Wódz, gen. Władysław Sikorski, nadał Warszawie Order Virtuti Militari za obronę we wrześniu 1939 r. Dwa lata później podczas spotkania z grodzieńszczanami – żołnierzami 6. Dywizji Piechoty armii Andersa – powiedział: „Jesteście nowymi orlętami. Postaram się, aby wasze miasto otrzymało Virtuti Militari i tytuł »zawsze wiernego«”. Nawiązywał do obrony Lwowa w 1918 r., polskiej młodzieży tego miasta i nadania mu orderu wojennego. W sprawie Grodna nie spełnił swojej obietnicy.

Być może obawiał się, że byłoby to źle przyjęte przez władze Związku Sowieckiego, na którego ziemi formowała się właśnie polska armia, a Grodno we wrześniu 1939 r. walczyło przecież z Armią Czerwoną. Niestety, jego następcy także nie odznaczyli Grodna najwyższym polskim orderem wojennym, choć to miasto – i jego obrońcy, oraz cywile – zasługiwało na to jako jedyne spośród kresowych miejscowości.

Z bolszewikami nie walczyć

Pamięć potrzebuje symboli. Symbolem września 1939 r. jest Westerplatte. Kojarzy się ono jednak tylko z jedną wojną: polsko-niemiecką. Druga, wrześniowa wojna, polsko-sowiecka, nie ma w naszej świadomości tak wyrazistego, nasuwającego się symbolu. A jest nim i powinno być właśnie Grodno.

Pamięć o wrześniu 1939 r. jest zdominowana przez wojnę z Niemcami. Nie tylko dlatego, że przez prawie 50 lat nie można było publicznie mówić i pisać o sowieckiej napaści 17 września. To oczywiście odegrało ogromną rolę, ale na kształt pamięci wpłynęło także to, że na drugim, wschodnim froncie walki były znacznie krótsze i mniej intensywne.

Oczywiście spowodowane było to tym, że niemal wszystkie polskie siły zostały rzucone, by przeciwstawić się armii niemieckiej. Na skalę i siłę oporu na wschodzie Rzeczypospolitej wpłynął jednak także rozkaz marszałka Edwarda Śmigłego-Rydza wydany 17 września: „Sowiety wkroczyły. Nakazuję ogólne wycofanie na Rumunię i Węgry najkrótszymi drogami. Z bolszewikami nie walczyć, chyba w razie natarcia z ich strony lub próby rozbrojenia oddziałów. Zadania dla Warszawy i miast, które się miały bronić przed Niemcami, bez zmian”.

Czyżby Śmigły uważał, że Armia Czerwona wkroczy z kwiatami w lufach karabinów? Józef Beck pisał we wspomnieniach, że marszałek uważał opór na wschodzie Rzeczypospolitej za beznadziejny. Minister radził jednak Naczelnemu Wodzowi, żeby przynajmniej „ostrzelać plac”.

Byłaby to wyraźna demonstracja polityczna. Przekonanie o bezcelowości walki z Sowietami sprawiło, że Lwów broniący się przed naporem armii niemieckiej został poddany Armii Czerwonej, a z Wilna ewakuowano wojsko ku granicy z Litwą i walki w mieście były niewielkie. Inaczej – bohatersko – potoczyły się wrześniowe losy Grodna, choć możliwości jego obrony były znacznie mniejsze niż Lwowa i Wilna.

W mieście do września 1939 r. stacjonowała 29. Dywizja Piechoty, lecz w momencie wybuchu wojny znajdowała się na Mazowszu. 17 września w mieście były tylko dwa niepełne bataliony piechoty, około 200 żołnierzy improwizowanego, złożonego z rozproszonych żołnierzy oddziału ppor. rez. Antoniego Iglewskiego, trochę żandarmów i policjantów. Nie było czołgów ani artylerii, poza dwoma działkami przeciwlotniczymi. Na wieść o wkroczeniu Armii Czerwonej miejscowi komuniści przedzierzgnęli się w dywersantów strzelających do polskich żołnierzy.

„Po południu poszłyśmy z ciocią, żeby coś kupić. Aż tu nagle na ulicy Brygidzkiej zaczęto strzelać. Patrzymy, a na balkonach Żydzi z czerwonymi opaskami strzelają po ulicy do ludzi. Wbiegłyśmy do kościoła Nazaretanek. Tam czekałyśmy, aż się trochę uspokoi” – wspominała jedna z mieszkanek miasta (relacja w książce Czesława Grzelaka „Płonące kresy”). Komunistyczna rebelia została stłumiona. Jeden z żołnierzy, Sławomir Werakso, wspominał, że dywersanci ulokowali się w rowach przeciwlotniczych na placu Batorego, blokując ruch polskich oddziałów przez centrum miasta.

„Plut. Kucharski widząc, że frontowe uderzenie […] będzie kosztowne w ludziach, kazał dać 2 rkmy na dzwonnice kościołów – fary i garnizonowego – stojące po obu stronach placu i, po odpowiednim przykryciu ogniem km, wybicie czerwonych granatami kosztowało nas tylko dwóch rannych” (relacja w książce Karola Liszewskiego „ polsko-sowiecka 1939”).

18 września do miasta przyjechał gen. Józef Olszyna-Wilczyński, dowódca III Okręgu Korpusu. Uważał opór przeciw Sowietom za bezcelowy i taką też dyrektywę przekazał podległemu mu Wilnu. Część oficerów w Wilnie była oburzona rozkazem, a nawet uważała go za haniebny i zdradziecki.

Generał opuścił Grodno, kierując się do granicy z Litwą. Kilka dni później został schwytany przez czerwonoarmistów i rozstrzelany wraz z adiutantem pod Sopoćkiniami. „Niestety, gen. Wilczyński nie pozostawił w Grodnie odpowiedniego oficera na stanowisko dowódcy obrony miasta i sam nie wziął również tej odpowiedzialności. […] Dwóch ludzi stanowiło mózg i dusze obrońców miasta.

Pierwszym z nich był wiceprezydent Grodna Roman Sawicki, a drugim komendant miejscowej Rejonowej Komendy Uzupełnień i jednocześnie dowódca 31. batalionu mjr Benedykt Serafin. Obaj mieli silne poparcie patriotycznie nastawionej ludności polskiej. Rozbudowali i wzmocnili obronę, organizując kopanie rowów i wznoszenie zapór przeciwczołgowych, a także szkolenie ochotników i służb pomocniczych” – pisał Czesław Grzelak w książce „Płonące kresy. Wilno, Grodno, Kodziowce”.

Wspólna wola: bronić się

Zasługą dowodzącego do 12 września Obszarem Warownym Grodno płk. Bohdana Hulewicza było przygotowanie butelek z płynem zapalającym. Wobec braku broni przeciwpancernej odegrały one ważną rolę w odpieraniu sowieckiego natarcia na miasto. W używaniu ich szkolono żołnierzy i cywili.

Postawa polskich mieszkańców miasta przygotowujących je do obrony była bardzo dobra. „Nie ma czasu na sen i odpoczynek, nie ma w sercu miejsca na strach, na skargę, na zwątpienie. Jest tylko wspólna wola: bronić się! […] Jest humor, porządek, dyscyplina i zapał. […] Uczniowie szkoły ogrodniczej przywdziewają mundury wojskowe, zbroją się w karabiny, robią nasypy, rowy strzeleckie. Komenderuje nimi podchorąży. My, kobiety, biegamy za prowiantem, przygotujemy lekarstwa, bandaże, nosze, butelki z benzyną” – pisała we wspomnieniach „Jeśli zapomnę o was”… Grażyna Lipińska, dyrektorka zespołu szkół zawodowych w Grodnie.

Miasto zostało zaatakowane 20 września przez 11 czołgów batalionu rozpoznawczego 27. Brygady Pancernej. Był to czarny dzień w jej historii. Jeden z czołgów został unieruchomiony strzałem z działka, inne, obrzucone butelkami z płynem zapalającym, stanęły w ogniu na Mostowej, Batorego, Dominikańskiej, Skidelskiej, Hoovera.

„Major Glinka powiedział, że z karabinów nic czołgowi nie zrobimy, trzeba butelki z benzyną, a że wokół nas byli uczniowie, więc jeden z nich pobiegł i przyniósł bańkę z benzyną, był to syn urzędnika pocztowego, a raczej kierowcy auta pocztowego (później, już na Litwie, dowiedzieliśmy się, że ten chłopak został rozstrzelany). Major Glinka sporządził tę butelkę, podczołgał się bliżej czołgu, cisnął ją i czołg stanął w płomieniach” – wspominał Władysław Dobrzeniewski.

Zapalające butelki na czołgi rzucali także cywile. Dziewiętnastoletni Janusz Budzanowski unieruchomił w ten sposób jeden z nich, lecz został śmiertelnie ranny.

Część czołgistów zginęła, część dostała się do niewoli. Okazało się, że w niektórych z nich siedzą, jako przewodnicy, miejscowi komuniści: Lipszyc, rozpoznany jako morderca ucznia na zabawie, został zabity przez jego kolegę, Margolis (poległ), Aleksandrowicz (przed wojną zbiegł do Sowietów).

Nocą z 20 na 21 września do miasta weszły 101. i 102. rezerwowe pułki ułanów. Wraz z nimi przybył gen. Wacław Przeździecki. Uważał, że trzeba ewakuować załogę Grodna w kierunku granicy litewskiej.

Dziecko rozkrzyżowane na czołgu

21 września Grodno było atakowane także przez bataliony piechoty. Te jednak radziły sobie słabo i byłyby rozbite, gdyby na pomoc nie przyszły im czołgi i samochody pancerne. Jeden z czołgów został uszkodzony strzałem z karabinu przeciwpancernego – jedynego w 101. Pułku – przez rtm. Narcyza Łopianowskiego. Nadal w kierunku sowieckich czołgów leciały butelki z benzyną. Jedną z nich rzucił 13-letni Tadeusz Jasiński. Został schwytany przez czerwonoarmistów.

„Oczy Danki Bukowińskiej błyszczą dziko, chowa się przed czołgami, nie ze strachu, lecz z nienawiści. – Nie mogę słuchać ich warkotu – tłumaczy. Widzę na dalekim czołgu jasną plamę. Nagła straszna pewność: Głogów! Nie zważam na Dankę, nie słyszę jej krzyku. Śmiercionośna maszyna toczy się naprzód, a ja stępiała na wszystko lecę prosto na nią. Przeraźliwy zgrzyt… Czołg staje tuż przede mną.

Na łbie czołgu rozkrzyżowane dziecko, chłopczyk. Krew z jego ran płynie strużkami po żelazie. Zaczynamy z Danką uwalniać rozkrzyżowane, skrępowane gałganami ramiona chłopca. Nie zdaję sobie sprawy z tego, co się dzieje. A z czołgu wyskakuje czarny tankista, w dłoni trzyma brauning, za nim drugi grozi nam. Z podniesioną po bolszewicku do góry pięścią ochrypłym głosem krzyczy, o coś oskarża nas i dziecko. Dla mnie oni nie istnieją, widzę tylko oczy dziecka pełne strachu i męki. I widzę, jak uwolnione z więzów ramionka wyciągają się do nas z bezgraniczną ufnością. Wysoka Danka jednym ruchem unosi dziecko z czołgu i składa na nosze. Ja już jestem przy jego głowie.

Chwytamy nosze i pozostawiając oniemiałych naszym zuchwalstwem oprawców, uciekamy w stronę szpitala. Chłopczyk ma pięć ran od kul karabinowych (wiem – to polskie kule siekają po wrogich czołgach) i silny upływ krwi. […] Chłopiec coraz słabszy, zaczyna konać. Ale kona w objęciach matki i na skrawku wolnej Polski, bo szpital wojskowy jest ciągle w naszych rękach” – pisała Grażyna Lipińska.

najbardziej wyklęci

Symboliczny gród Tadeusza Jasińskiego znajduje się na cmentarzu pobernardyńskim.

Tamtego dnia przewodnikiem plutonu por. Janusza Wielhorskiego był 13-letni, może 14-letni harcerz. Był uzbrojony w automatyczny winchester „na którego kolbie miał już »zakarbowanych« kilku »kacapów«” – zapamiętał Wielhorski.

Sowiecki nacisk 21 września był tak duży, że po południu walki toczyły się już w centrum Grodna. Wieczorem broniło się tylko kilka odizolowanych punktów, między innymi zamek, gmach szkół zawodowych i koszary 81. Pułku Piechoty. Nocą znaczna część obrońców Grodna opuściła miasto, część wróciła do swoich domów.

„Z płaczem przechodziliśmy przez Grodno. Wszyscy chcieliśmy walczyć, ale był rozkaz wycofania się w kierunku Litwy” – wspominał ochotnik Olgierd Kozłowski.

Sowiecka zemsta

W walkach o miasto Sowieci stracili ponad 50 zabitych i 160 rannych, uszkodzonych lub zniszczonych było 19 czołgów.

Po opanowaniu Grodna Armia Czerwona przystąpiła, przy pomocy komunistów żydowskich i białoruskich, do wyszukiwania, chwytania i rozstrzeliwania jego obrońców – żołnierzy i cywili.

„Nad ranem przybiegli do naszej piwnicy dwaj bracia Waniukiewicze – 16 i 20 lat, synowie grabarza z cmentarza ewangelickiego. Do swego domu już nie dobiegli, bo szosą jechała kawaleria. […] Inni szli piechotą w tych czapach z »czubami«, brudni, straszni. Szli szosą, to tylko ja z dziadkiem wyjrzałam i zaraz schowaliśmy się, ale nas zauważono. Przybiegli do piwnicy i kazali wychodzić. Cóż, kobiety z dziećmi, dziadek stary, miał 72 lata i ci młodzi Waniukiewicze. Rusek podszedł i na oczach wszystkich strzelił tym dwom prosto w twarz – mózg widziałam, głowy rozbite” – wspominała ówczesna uczennica (relacja w książce „ polsko-sowiecka 1939”).

Miejscami egzekucji były między innymi „Psia Górka” – tu zabito 20 uczniów-ochotników, ogrody przy ulicy Pohulanka, lasek „Sekret”, otoczenie klasztoru franciszkanów, przedmieście Rumlówka, koszary 76. Pułku Piechoty, na „Krzyżówce” koło Poniemunia. Ofiarami sowieckiej zemsty padło około 300 obrońców Grodna.

Wielkie zasługi w przypomnieniu walk w Grodnie ma Karol Liszewski (Ryszard Szawłowski), autor pracy „Wojna polsko-sowiecka 1939” (wydanie pierwsze 1986 r.). Pisał o nich także Czesław Grzelak w niewielkiej książce „Płonące kresy”. O zbrodniach sowieckich pisali w artykule historycy IPN Mariusz Filipowicz i Edyta Sawicka. Ta bohaterska karta Września na Kresach Wschodnich nie doczekała się jednak na razie godnej swojego znaczenia monografii.

Trzeba to uznać za zaniedbanie polskich historyków. Obrona Grodna nie doczekała się symbolicznego upamiętnienia okolicznościową monetą ani znaczkiem pocztowym. We Wrocławiu, w Warszawie i Białymstoku są ulice obrońców Grodna. W 2014 r. siłami społecznymi powstał film „Krew na bruku”. Jego producentami były Fundacja im. Joachima Lelewela i Związek Polaków na Białorusi.

 

Autor: Tomasz Stańczyk 
superhistoria.pl
Komentarze