Strona główna Ciekawostki Jak wyglądały pierwsze dni pod sowiecką okupacją

Jak wyglądały pierwsze dni pod sowiecką okupacją

74

Jak wyglądały pierwsze dni pod sowiecką okupacją

Uzasadnienie radzieckiej inwazji na Polskę zadziwiło nawet Josepha Goebbelsa. Jak Polacy dowiedzieli się o agresji? Czy Armii Czerwonej pasowali do propagandowego wizerunku?

„Sowiety wkroczyły. Nakazuję ogólne wycofanie na Rumunię i najkrótszymi drogami”

W niedzielę 17 września około godziny 2.15 w nocy czasu moskiewskiego, w gmachu polskiej ambasady, przy ulicy Spiridinowka 30 w Moskwie rozległ się dźwięk telefonu. Dzwoniono z sekretariatu zastępcy ludowego komisarza spraw zagranicznych Władimira Potiomkina z prośbą o pilne przybycie na godzinę 3.00 do Narkomindiełu, czyli Ministerstwa Spraw Zagranicznych Związku Sowieckiego, ambasadora RP Wacława Grzybowskiego. Miano mu wręczyć ważne oświadczenie rządu sowieckiego. Polski dyplomata spodziewał się złych wiadomości: „Myślałem że pod takim czy innym pretekstem nastąpi wypowiedzenie naszego paktu o nieagresji. To co mnie czekało było daleko gorsze”.
Zastępca Mołotowa odczytał polskiemu ambasadorowi uzgodnioną z Niemcami kłamliwą w treści i pełną hipokryzji notę:

polsko-niemiecka ujawniła wewnętrzne bankructwo państwa polskiego. W ciągu dziesięciu dni działań wojennych utraciła wszystkie swoje ośrodki przemysłowe i centra kulturalne. Warszawa, jako stolica Polski, już nie istnieje. polski uległ rozkładowi i nie przejawia oznak życia. Tym samym utraciły ważność umowy zawarte pomiędzy ZSRS a Polską. […]
Sowiecki nie może pozostać obojętny na fakt, że zamieszkująca terytorium Polski pobratymcza ludność ukraińska i białoruska, pozostawiona własnemu losowi, stała się bezbronna. Wobec powyższych okoliczności Sowiecki polecił Naczelnemu Dowództwu Armii Czerwonej, aby nakazała wojskom przekroczyć granicę i wziąć pod swoją opiekę życie i mienie ludności Zachodniej Ukrainy i Zachodniej Białorusi. Sowiecki zamierza równocześnie podjąć wszelkie środki mające na celu wywikłanie narodu polskiego z nieszczęsnej wojny, w którą wepchnęli go nierozumni przywódcy, i umożliwienie mu zażycia pokojowej egzystencji.

Mocno zdenerwowany ambasador Wacław Grzybowski w tej tragicznej sytuacji zachował się z godnością i rozwagą, jak na wytrawnego dyplomatę przystało. Kategorycznie odmówił przyjęcia dokumentu, zarzucając mu jawną sprzeczność z faktami oraz argumentację niezgodną z prawem stosowanym w cywilizowanym świecie. Nie zawahał się również nazwać działań podjętych przez Armię Czerwoną mianem agresji.

Potiomkina zaskoczyło tak nieprzejednane stanowisko polskiego dyplomaty. Na różne sposoby starał się skłonić go do przyjęcia dokumentu. Pod pozorem konsultacji z Mołotowem przerwał spotkanie i nakazał dostarczyć notę przez gońca za pokwitowaniem do budynku ambasady RP. Zreferował również swoją rozmowę z Grzybowskim przełożonemu. Po wznowieniu spotkania Potiomkin uciekł się do groźby. Oznajmił polskiemu ambasadorowi, iż z racji tego, że Moskwa nie uznaje istnienia państwa polskiego, to automatycznie on sam i jego współpracownicy utracili immunitet dyplomatyczny i stanowią wyłącznie grupę osób posiadających co prawda polskie obywatelstwo, ale podlegających sowieckiemu prawodawstwu ze wszystkimi tego konsekwencjami. W odpowiedzi Wacław Grzybowski oświadczył, że złoży formalny protest na ręce dziekana korpusu dyplomatycznego i zażąda wiz umożliwiających opuszczenie terytorium Związku Sowieckiego. Pikanterii całej tej sprawie dodawał fakt, że funkcję dziekana pełnił Friedrich-Werner von der Schulenburg!

Potiomkin nic nie wskórał. Wacław Grzybowski opuścił jego gabinet około 4.30. Zgodził się jedynie powiadomić o fakcie sowieckiej agresji polski rząd. Po powrocie do ambasady zastał tam jednak ową nieszczęsną notę, dostarczoną przez posłańca. Polecił więc odwieźć ją z powrotem, a gdy odmówiono jej przyjęcia, naklejono znaczki i skorzystano z sowieckiej poczty! Wcześniej jednak dyskretnie rozpieczętowano przesyłkę i skopiowano treść noty. Tak na wszelki wypadek, gdyby Sowietom przyszło jednak do głowy użyć innych motywów uzasadniających agresję na Polskę. Grzybowski niezwłocznie wysłał również depeszę informującą o spodziewanej rychłej napaści Armii Czerwonej do swojego szefa ministra Józefa Becka. W kolejnej depeszy przekazano treść sowieckiego dokumentu.
Do wiadomości publicznej oficjalne powody wkroczenia Armii Czerwonej do Polski podano 17 września w radiowym przemówieniu Wiaczesława Mołotowa. Bezczelne kłamstwa tak grubymi nićmi szyte zadziwiły nawet ministra propagandy Trzeciej Rzeszy Josepha Goebbelsa, który w swoim dzienniku zanotował:

Moskwa […] wkroczy do Polski na całej długości granicy, aby wziąć pod ochronę swoje mniejszości [narodowe]. Uczyni tak przy zachowaniu swojej neutralności i dlatego, że państwo polskie już nie istnieje. Uzasadnienie jest bardzo oryginalne, ale sam fakt to dla nas dar losu.

Tymczasem w polskiej ambasadzie, z uwagi na spodziewane pogwałcenie jej eksterytorialności, rozpoczęło się gorączkowe niszczenie tajnych dokumentów i szyfrów. Zgodnie z poleceniem ministra Becka ambasador Grzybowski rozpoczął również starania o ewakuację personelu polskich placówek dyplomatycznych – oprócz ambasady w Moskwie przedstawicielstwa Rzeczypospolitej w ZSRS obejmowały konsulaty w Mińsku, Kijowie i Leningradzie. Sowieci czynili mu w tym szereg przeszkód, nie przesądzając wcale o możliwości wyjazdu. Co więcej, pod adresem Polaków rzucano zawoalowane groźby. Jak wspominał płk Stefan Brzeszczyński:

[…] konsulaty nasze zostały właściwie internowane w swych gmachach, odmówiono im sprzedaży biletów kolejowych do Moskwy, a naszym woźnym i służbie agenci GPU niedwuznacznie dawali do zrozumienia, że jeżeli wyjedziemy z Moskwy, to co najwyżej do „koncłagieru”.

Polscy dyplomaci ostatecznie opuścili ZSRS 10 października 1939 roku dzięki staraniom von der Schulenburga, który kilkakrotnie interweniował w ich sprawie w sowieckim MSZ. Poczucie zawodowej solidarności i przywiązanie do dyplomatycznych konwenansów miało widocznie dla niego większe znaczenie niż między obu krajami. Tym bardziej trzeba docenić jego starania, biorąc pod uwagę, że ambasadorowie Francji i Wielkiej Brytanii właściwie nic nie zrobili w tym względzie.

„Nędza coraz bardziej zagląda do mieszkań ludzkich”

Polacy nie skrywali swojej niechęci do okupantów. Wspominali ich brak manier, agresywne zachowanie i brutalność zwłaszcza w stosunku do „polskich panów”. Niektórzy porównywali wejście Armii Czerwonej do wschodniej Polski z inwazją szarańczy, gdy wygłodzeni bolszewicy najpierw zaczęli rabować, a potem wykupywać w kresowych sklepach co tylko się dało. Swoim wyglądem, sposobem bycia, ogólną inteligencją i jakąś taką życiową niezaradnością krasnoarmiejcy bardziej budzili powszechną pogardę, lekceważenie i politowanie niż strach i szacunek, jakich należałoby oczekiwać w stosunku do żołnierzy zwycięskiej bądź co bądź armii.

Na propagandowych plakatach z okresu agresji na Polskę czerwonoarmiści prezentowani są jako pewni siebie, doskonale umundurowani i uzbrojeni , często w otoczeniu nowoczesnej techniki wojskowej, witający mocnym uściskiem biednego, nędznie odzianego ukraińskiego bądź białoruskiego chłopa czy robotnika. Rzeczywistość znacznie jednak odbiegała od sztucznie kreowanego wizerunku „wyzwolicieli”. W relacjach z Kresów najczęściej przewijają się obrazy przedstawiające wygłodzonych, brudnych żołnierzy sowieckich, często o wyraźnie azjatyckich rysach twarzy, w podartym bądź połatanym mundurze z karabinem przewieszonym przez ramię na sznurku. Warto przytoczyć niektóre z nich.

Jak wyglądały pierwsze dni pod sowiecką okupacją

„Każdy radziecki żołnierz wręcz śmierdział z daleka”

Wanda Woźniak z Dubna tak zapamiętała widzianych po raz pierwszy czerwonoarmistów i uczucia, jakie wówczas towarzyszyły wielu Polakom:

Pamiętam dobrze ten dzień i te wojska sowieckie, te skośne oczy. Żołnierze jechali wozami ciągnionymi przez małe koniki. Uprząż powiązana sznurkami. Ubrani byle jak. Dużo skośnookich. Na plecach jakieś worki, podarte obuwie. Sprzęt wojskowy również ciągnęły małe konie. Widać było, że ludzie i konie są głodni. Każde przydrożne drzewo owocowe zostało natychmiast ogołocone z owoców, a przydrożne ogrody z warzyw. Jedli surowe warzywa i zbierali do worków – plecaków powiązanych sznurkami. Odnosiło się wrażenie, że nigdy niczego nie widzieli i zawsze byli głodni. Nędzne i biedne . Nikt z Polaków nie wychodził na ulicę. Obserwowano sytuację z ukrycia. Bano się ich, wyglądali strasznie.

W nieco innym tonie opisuje czerwonoarmistów Aleksander Szmiel ze wsi Dumaryszki niedaleko Brasławia. Jak wspomina, ich widok wzbudził w nim raczej rozbawienie niż obawę:

Sztywne jak manekiny siedziały postacie żołnierzy. Ubrane były w brudne, czarne, pikowane waciaki. Materiał, z którego były uszyte, przypominał zasmoloną kołdrę, rzuconą na podściółkę do budy dla psa. Przerzucona przez ramię parciana torba, z jakimi zwykle chodzili po wsiach żebracy, brudna zielona furażerka oraz trzymany w ręku karabin z długim ostrym bagnetem składały się na umundurowanie i uzbrojenie tych dziwacznych wojaków.

Dalej Aleksander Szmiel czyni ciekawe obserwacje dotyczące sposobu zachowania sowieckich żołnierzy. Oficerowie często używali różnych zwrotów grzecznościowych w stylu „proszę bardzo” i wyrażali się w samych superlatywach o sowieckim ustroju i jego cywilizacyjnych zdobyczach. Ponadto ochoczo roztaczali przed wszystkimi zainteresowanymi wizje nowej, wspaniałej przyszłości krajów i narodów pod egidą Związku Sowieckiego. Natomiast szeregowi żołnierze okazali się kompletnymi „mrukami”. Wyglądali na mocno wystraszonych i unikali odpowiedzi na wszelkie pytania ze strony ciekawskich, odsyłając do dowódcy lub wręcz chowając się przed co bardziej wścibskimi mieszkańcami Dumaryszek. W ten sposób krasnoarmiejcy, przynajmniej w Dumaryszkach, starali się realizować zalecenia oficerów politycznych, którzy nakazywali traktować ludność cywilną podbitego kraju w sposób uprzejmy, ściśle przestrzegać dyscypliny i reagować na wszelkiego rodzaju niesubordynację. Oczywiście, jak wynika to z poprzedniego rozdziału, w innych częściach okupowanej Polski zazwyczaj pozostawało to w sferze pobożnych życzeń.

Warto jeszcze przytoczyć opis czerwonoarmistów wkraczających do stolicy polskiej nafty – Borysławia. Zachował się on we wspomnieniach Adama Żarskiego, który pisze:

Wywarli oni na mnie i na moich kolegach wrażenie niesamowicie negatywne w porównaniu z wojskiem polskim i niemieckim. Żołnierze radzieccy byli źle ubrani, niejednokrotnie buty ich (kierzowyje sapohi) były powiązane drutami lub sznurkami z uwagi na odrywające się podeszwy. Kiedyś czarne cholewki, dziś zabłocone, świadczyły o tym, że dawno nie były czyszczone pastą. Kufajki i gimnastiorki (wierzchnie zielone koszule ze stojącym kołnierzem) nierzadko miały przetarte na łokciach rękawy. Wszystko to było bardzo brudne. Każdy radziecki żołnierz wręcz śmierdział z daleka. Później dowiedzieliśmy się, że smarowali się jakąś mazią przeciwko wszom i innym insektom. Żołnierze twierdzili, że maść ta była bardzo skuteczna.

Jak wyglądały pierwsze dni pod sowiecką okupacją

fot.materiały wydawcy Jak wyglądała rzeczywistość w okupowanej Polsce?

W wielu przypadkach do karabinów zamiast pasów skórzanych lub przynajmniej parcianych przywiązane były zwyczajne sznurki, które służyły jako naramienniki. Pasy przy spodniach Rosjanie mieli parciane, a wierzchnie koszule nosili „luzem” lub czasami przepasane pasami parcianymi. Pod gimnastiorkami w większości przypadków nosili podkoszulki (majki). Z braku podkoszulek niektórzy żołnierze nakładali gimnastiorki na gołe ciało, w zimie zaś watowane kurtki (kufajki – watowanki). Na głowach mieli ciepłe czapki z nausznikami. W lecie oficerowie nosili zwyczajne czapki wojskowe z dużym, wysokim i szerokim rondem oraz małym, twardym, czarnym, błyszczącym daszkiem. Natomiast zwyczajni szeregowi żołnierze nosili furażerki. Czapki z niebieskimi otokami odróżniały służby milicyjne NKWD.
Żołnierze chodzili zawsze głodni i kiedy nie było oficera w pobliżu, pytali nas, gdzie można by zdobyć coś do jedzenia. Natychmiast po zajęciu Borysławia przez Armię Czerwoną żołnierze wraz z ludnością tubylczą (Ukraińcami) zaczęli rozbijać zamknięte sklepy spożywcze i z innymi drogimi towarami, które przeważnie były własnością bogatych i średnio zamożnych Żydów. Niszczyli również sklepy i magazyny polskich właścicieli. […]Dalej Żarski opisuje zwyczaje czerwonoarmistów i ich zamiłowanie do mocnych trunków:

Napoje alkoholowe, w tym również denaturat, żołnierze ładowali do samochodów ciężarowych, czołgów i pojazdów opancerzonych. Zaraz dawali wyraz swemu zadowoleniu, bo mieli co zjeść i wypić, więc głośno śpiewali, tańczyli i przygrywali na bałałajkach. Żołnierze pili nie tylko wódkę i denaturat, ale nawet wodę kolońską zrabowaną w drogeriach. Do wody kolońskiej dolewali zwyczajną wodę pitną i napój ten przybierał zupełnie biały kolor. […]Zazwyczaj szeregowi żołnierze lubili z nami rozmawiać, gdy nie było w pobliżu oficera. Można wtedy było z nimi swobodnie pogwarzyć i pośmiać się. Dowiedzieliśmy się od nich, jak żyją ludzie w Związku Radzieckim, jak pracują w kołchozach i co to są w ogóle kołchozy i sowchozy, i za co oni tak kochają batiuszkę Stalina (ojca Stalina). Istotnie, mieli dla niego kult wprost bałwochwalczy. Prości szeregowi żołnierze bardzo chętnie z nami szczerze rozmawiali, ale panicznie bali się swoich politruków, czyli oficerów politycznych, którzy mieli ogromne uprawnienia. Mogli żołnierza zupełnie zniszczyć, wsadzić do więzienia lub zesłać na Syberię. Oficer polityczny mógł zaszkodzić nie tylko żołnierzowi, który w jego przekonaniu zawinił, ale również całej jego rodzinie. Żołnierze radzieccy nazywali politruków sobakami (psami). Ostrzegali nas, żeby z nimi w ogóle nie rozmawiać, bo to są bardzo źli ludzie…

O ile niski stopień higieny czerwonoarmistów można zrzucić na karb długotrwałych marszów i uczestnictwa w działaniach wojennych, o tyle niedostatki zaopatrzenia i liche umundurowanie świadczą zdecydowanie o fatalnej kondycji sowieckich służb kwatermistrzowskich. Żarski poruszył w swych wspomnieniach wątek dotyczący nałogów. Bojcy nie tylko tęgo pili, ale również słynęli z zamiłowania do tytoniu. Palili zdobyczne papierosy oraz najpodlejszego gatunku substytut tytoniu: tzw. kryszkę, czyli grubo posiekane łodygi tytoniu. Zdarzało się, że dla nadania sobie powagi skręcona w bibułce kryszka lub papieros umieszczane były w lufce, a funkcje tę mogły pełnić różne przedmioty. Pewnego polskiego sklepikarza w Białymstoku nieco zaszokowało, gdy czerwonoarmista zakupił w jego drogerii kilka gruszek do robienia lewatywy, odłączył bakelitową rurkę od gumowej gruszki i z widocznym zadowoleniem wsadził ją sobie do ust.

We wspomnieniach jest jeszcze jeden ciekawy wątek dotyczący stosunku zwykłych żołnierzy do oficerów politycznych. Istnieją inne relacje również świadczące o tym, że czerwonoarmiści czuli się zdecydowanie bardziej swobodnie i potrafili się otworzyć przed rozmówcą, kiedy nie było ich w pobliżu. Gdy pewien Polak z Brześcia natknął się pod miastem na zepsuty sowiecki czołg i zapytał jednego z członków załogi, jak wygląda życie w Związku Sowieckim, ten odszedł na stronę, rozejrzał się dookoła i odrzekł półgłosem: „i żit’ nie budiesz i umieret’ nie dadut”.
Polaków dziwił również brak podstawowej wiedzy technicznej wśród okupantów, co wydawało się dość kuriozalne, zważywszy na wysoki stopień zmechanizowania Armii Czerwonej. W Przemyślu pewien czerwonoarmista zakupił ręczną maszynkę do mięsa, szedł ulicą, kręcąc korbą, i dziwił się, że urządzenie nie wydaje z siebie muzyki. Karolina Lanckorońska wspominała zaś taką sytuację ze Lwowa:

W mojej obecności oficer kupował grzechotkę. Przykładał ją do ucha towarzyszowi, a gdy grzechotała, podskakiwali obaj wśród okrzyków radości. Wreszcie ją nabyli i wyszli uszczęśliwieni. Osłupiały właściciel sklepu po chwili milczenia zwrócił się do mnie i zapytał bezradnie: „Jakże to będzie, proszę pani? Przecież to są oficerowie”.

Artykuł stanowi fragment książki Dariusza Kalińskiego „Czerwony najazd. Prawda o tym, jak Rosjanie wbili nam nóż w plecy we wrześniu 1939 roku”, która właśnie ukazała się na rynku:

Komentarze

Jak oceniasz ten artykuł ?